Kiedyś nie chciałem, ale teraz już chyba nie mogę. Bolesne doświadczanie zła jakie sam produkuję staje się na prawdę nieznośne. Nie przeraża mnie to, że "nieistnieję", nie boli mnie, że nie będą mnie pamiętać, ale to, że zadaję ból, krzywdzę, wzbudzam agresję i inne negatywne odczucia. Sam zaczynam się brzydzić.
Czuję się jak pacjent zakładu psychiatrycznego którego ścianami są moje własne myśli. Ba, brak tych myśli, bo raczej tylko są to stwierdzenia, a nie analizy. Zaczynam sam tracić do siebie szacunek - u innych nie mam go już od lat. Odkrywam prawdę, którą tak długo przed sobą ukrywałem
...a wystarczyłoby tylko coś w sobie zmienić, ale nie wiem czy jeszcze potrafię.
Miałem nie wklejać obiektów z YouTube, ale nie mogłem się powstrzymać:
"Kiedy w naszej codzienności pojawia się nieoczekiwana sytuacja, przeciwstawiamy się jej i staramy odrzucić, zaprzeczyć ...aż do momentu kiedy zaczniemy odkrywać jej prawdziwe znaczenie."
Trzeba się zająć i nie ważne czym, po prostu zająć... Stworzyć płaszczyznę, pole do popisu, choć nie chodzi o to żeby się popisywać, o nie, po prostu pole do działania. Przypomina mi się dowcip:
- Co chłop ma w gruncie? - W gruncie rzeczy :)
No więc podstawą nie wydaje się cel bieżący, ale nadrzędny. Nie ważne jest co zrealizujemy, ważne żeby realizować! Ale po co? Żeby odciągnąć swój umysł od Niebytu-Nicości, tego obezwładniającego stanu? Żeby móc powiedzieć: "O, to jest to co zrobiłem"? Nie chyba. Chodzi raczej o walkę, o przeciwstawienie się bezsilności ...i nie ważne czym, po prostu aby wykonać ruch, bo ten (czy inny) wydobywa nas z otchłani. Oczywiście mowa o uczuciach, o całej rozciągłości doznań, w których się tkwi. Nie ma znaczenia jak, czym to osiągniemy, najważniejsze żeby się wygrzebać.
I tu pojawia się problem - PO CO?
Po co odrywać się od Nicości? Przecież ona zawsze będzie w nas istnieć. Może sens tkwi w tym, żeby jej boleśnie nie odczuwać? Ale jak może boleć, przecież jest, a raczej nie ma jej, bo przecież jest NICOŚCIĄ, więc niczym - jak może boleć? Kolejne złudzenie wprowadzające nas w sens cierpienia - nie cierpi się z powodu niczego, ale czegoś, więc...
Nicość utożsamiamy z Pustką, choć ta druga jest czymś. Jest brakiem czegoś, ale nie Nicością. Jeśli więc wpadamy w Nicość, to nic złego się nie dzieje, bo nie może dziać się Nic. Pustka natomiast jawi się jako brak zrozumienia stanu, który jest zminilizowaniem czegoś, ograniczeniem. Należy to zaakceptować i działać, ale jak?
I tu pojawia się tytuł, a raczej jego część pierwsza - "byle czym", ale co z dalszą częścią?
Wszystko w koło się rozpada, ulega degradacji i marnieje. Może to zew starości? Właśnie takie refleksje mnie nachodzą ostatnio. Może to samotność, niemoc, pustka, którą trudno wypełnić? Przecież dookoła pojawiają się komponenty, co prawda nie do końca zapełniają tą przestrzeń, ale odciągają od nicości.
Każdy dzień upływa na wspomnieniach czasów minionych, postanowieniach zmiany stanu obecnego, ale słabość na to nie pozwala, wciąż wszystko tkwi w martwym punkcie, z którego nie można się wydostać.
Nieustające poczucie niespełnienia nie pozwala na normalne życie, za którym się tak tęskni. Pustka uniemożliwia oderwanie się od smutku, nie można odwrócić głowy i zająć się czymś innym, doprowadza do rozpaczy. Nie ma ochoty na filozofowanie, badanie świata, obserwowanie go choćby - wszystko nakierowane jest na jedno - bezsens. Nic nie daje ukojenia.
A przecież można inaczej. Warto przynajmniej spróbować, choć przeświadczenie niepowodzenia zniechęca. Może nie powinno się liczyć na cud, oczekiwać czegokolwiek, a tylko po prostu zająć się czymś innym niż zagłębianie we własny ból? Tak po prostu... Łatwo odnaleźć tą receptę, lecz zastosowanie jej jest już nie lada problemem. Napotykając obojętność, niekiedy niechęć płynącą z otoczenia,, trudno podjąć jakiekolwiek kroki - wszystko tkwi w sferze fantazji.
Może jednak warto zaryzykować, odrzucić lęk i niechęć, wykonać jakiś krok, jeden a potem drugi, nie oczekiwać wielkich zmian, jakichkolwiek zmian, nie koncentrować się na nich tylko wykonać ten ruch? Nawet nie obserwować wpływu na własne myśli, ignorować siebie i skoncentrować się na samym działaniu?
Nie wiem, wszystko ładnie się mówi, a realizacja to już inna bajka.
Czasem warto zatrzymać się w pół drogi (mój drogi_r) i zastanowić nad sensem dalszego podążania nią. Czasem warto z niej zawrócić, a czasem... ten czas to lepiej zostawić.
Wiele w świecie się zmieniło, wiele zmieniło się tu, ale bez względu na kształt istnieje to co było. Możemy się dziś z tego śmiać, możemy płakać, albo z perspektywy określać jako dziecinne, ale nie możemy powiedzieć, że to nas nie tworzyło! Być może nie zawsze było i jest to zgodne z naszymi intencjami, wnętrzem, czy po prostu oglądem, ale robiliśmy to. I choć skuci kajdanami, to właśnie tyle mogliśmy, potrafiliśmy pokazać.
Otóż spacerując Zimą spostrzegłem, że... zbaczając ze ścieżki zapadam się w śnieg. Potem okazało się, że wydeptane szlaki śa na tyle ubite, że mimo iż śnieg stopniał, to nadal są śnieżne ...i to jest moje spostrzeżenie :)